
Hanser i Cihan. Krok od śmierci, uwięzienie w złotej klatce i podsłuchana prawda, która niszczy wszystko.
Wyobraź sobie pędzący czarny Mercedes i ten jeden mrożący krew w żyłach ułamek sekundy. Tylne drzwi nagle się otwierają, a młoda Hanser z impetem wypada na twardy asfalt. Pisk opon. Niewyobrażalne przerażenie w oczach Cihana i jej bezwładne, nieprzytomne ciało. Czy to był tylko nieszczęśliwy wypadek, czy desperackka próba ucieczki przed żywym koszmarem? Podczas gdy Cihan drży o jej życie, w murach luksusowej stambulskiej rezydencji toczy się inna, równie bezwzględna gra. Bezduszna Mukadder i owładnięta nienawiścią Beyza z zimną krwią przygotowują się, by spalić cały dobytek dziewczyny i na zawsze wymazać jej ślad z ich życia. Nie wiedzą jednak, że Cihan wraca. Z wściekłością i determinacją wnosi nieprzytomną Hanser z powrotem do jaskini lwów, gotów na otwartą wojnę z własną rodziną. To, co miało być ratunkiem, szybko zamienia się jednak w pułapkę. Zdesperowany Cihan, wbrew woli przerażonej i zbuntowanej Hanser, zamyka ją na klucz w sypialni. Staje się jednocześnie jej wybawcą i bezlitosnym strażnikiem. Rezydencja przypomina tykającą bombę. Wybuchają brutalne kłótnie. Służba żyje w strachu. Duszna atmosfera gęstnieje od spisków. A w samym środku tego chaosu w drzwiach staje tajemnicza Sinem, której nadejście mrozi wszystkim krew w żyłach. Jednak największy dramat nie rozegra się w otwartej walce, lecz w bolesnej ciszy. Jeden balkon, lekko uchylone drzwi i słowa Cihana, których Hanser nigdy nie powinna była usłyszeć. Wyznanie, z którego wynika, że ich relacja to jedynie zimny układ bez krztyny prawdziwej miłości. Czy serce Hanser, które właśnie rozpadło się na milion kawałków, przetrwa ten cios? Jakie jeszcze tajemnice skrywają mroczne korytarze rezydencji i do czego posunie się bezlitosna rodzina, by ostatecznie zniszczyć te relacje?
Cihan trzymał dłonie na kierownicy tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Patrzył przed siebie, ale tak naprawdę nie widział drogi. Wciąż czuł za sobą obecność Hanser, milczącą, złamaną, zimną od strachu. Siedziała z tyłu jak cień kobiety, którą jeszcze niedawno próbował nazwać swoją żoną. Nie odzywała się. Nawet jej oddech wydawał mu się obcy. Hanser – powiedział w końcu, nie odwracając głowy. – Posłuchaj mnie. Nie możesz robić takich rzeczy. Nie możesz znikać bez słowa. Nie odpowiedziała. To milczenie było gorsze niż krzyk. Cihan wolałby, żeby go uderzyła, żeby obrzuciła go oskarżeniami, żeby wyrzuciła mu w twarz wszystko, co w niej narastało. Ale Hanser milczała, jakby była już gdzieś daleko, jakby jej ciało siedziało w samochodzie, ale dusza dawno opuściła to miejsce. Słyszysz mnie? – Jego głos stał się twardszy. – Mówię do ciebie. W lusterku wstecznym zobaczył tylko fragment jej twarzy: bladą skórę, zaciśnięte usta, oczy wbite w drzwi, jakby za nimi istniała jedyna droga ratunku.
I wtedy stało się coś, czego nie przewidział. Najpierw usłyszał metaliczny trzask, potem świst powietrza. Tylne drzwi Mercedesa otworzyły się gwałtownie, jak wyrwane z ciszy przez niewidzialną siłę. Cihan odruchowo spojrzał w lusterko. Hanser… jej sylwetka zniknęła z siedzenia. Świat zwolnił. Cihan nacisnął hamulec z taką siłą, że opony zapiszczały na asfalcie, a samochód szarpnął gwałtownie do przodu. Pas bezpieczeństwa wbił mu się w pierś. Przez ułamek sekundy nie mógł oddychać, potem odpiął pas, niemal wyrwał drzwi od swojej strony i wybiegł na drogę.
Hanser! – wrzasnął, a jego głos rozdarł powietrze. Leżała kilka metrów za samochodem bez ruchu. Jej włosy rozsypały się na ciemnym asfalcie jak czarny jedwab. Jedna ręka była nienaturalnie wyciągnięta w bok, druga spoczywała przy piersi. Sukienka podwinęła się lekko od upadku, a na dłoni zaczynała pojawiać się krew zmieszana z pyłem drogi. Cihan dopadł do niej, padł na kolana i przez moment bał się jej dotknąć. Bał się, że jeśli przesunie palcami po jej twarzy, odkryje coś nieodwracalnego. Hanser, Hanser, otwórz oczy. Słyszysz mnie? – Jego dłonie drżały, gdy odgarniał włosy z jej policzka. – Proszę, nie rób mi tego. Nie reagowała. Cihan pochylił się niżej, przykładając ucho do jej ust. Oddychała słabo, nierówno, ale oddychała. To wystarczyło, by jego serce zaczęło bić ponownie, choć z bólem tak ostrym, jakby ktoś wbijał mu nóż między żebra. Dlaczego? – wyszeptał, patrząc na jej bladą twarz. – Dlaczego aż tak bardzo chciałaś ode mnie uciec? Nie było odpowiedzi. Była tylko droga, wiatr i przerażenie mężczyzny, który nagle zrozumiał, że kontrola, o którą walczył, mogła kosztować ją życie. Wziął ją na ręce z ostrożnością niemal dziecinną, jakby niósł coś kruchego, czego najmniejsze drżenie mogło zniszczyć resztkę świata. Hanser zwisała bezwładnie w jego ramionach, a jej głowa opadła mu na pierś. Cihan przycisnął ją mocniej. Nie pozwolę ci odejść – powiedział, ale w jego głosie nie było już pewności. Była rozpacz. Nie w taki sposób.
W tym samym czasie, daleko od drogi, w ogromnej rezydencji Develioğlu panował inny rodzaj ciszy. Nie była to cisza lęku, lecz cisza ludzi, którzy podjęli decyzję i nie chcieli już o niej dyskutować. Salon tonął w świetle. Wysokie okna wychodziły na dziedziniec, gdzie basen odbijał niebo jak chłodne, błękitne lustro. Wszystko było luksusowe, dopracowane, pozornie doskonałe. Marmur, złote detale, miękkie kanapy, świeże kwiaty. Tylko atmosfera zdradzała, że ten dom od dawna nie był miejscem spokoju. Mukadder siedziała na fotelu w różowej koszuli, wyprostowana, z ustami ściągniętymi w cienką linię. Obok niej Beyza w koszuli w biało-niebieskie paski wyglądała na kobietę, która czekała na chwilę triumfu. Jej oczy błyszczały zaciętością. Dwie pokojówki weszły do salonu, niosąc ciężkie czarne worki. Szły powoli, niepewnie, jakby każdy krok był zdradą. Worki szeleściły przy każdym poruszeniu, a ten dźwięk przeciął powietrze jak wyrok. Wszystko? – Zapytała Mukadder chłodno. Starsza pokojówka opuściła wzrok. – Tak, proszę pani. Ubrania, rzeczy osobiste, kilka książek, szaliki… wszystko, co należało do pani Hanser. Na twarzy Beyzy pojawił się krzywy uśmiech. Pani Hanser – powtórzyła drwiąco. – Jak pięknie to brzmi. Jakby naprawdę miała tu jakieś miejsce.
Mukadder nie spojrzała na nią od razu. Przez chwilę patrzyła na worki, jakby były ciałem problemu, który wreszcie da się wynieść z domu. Nie zostanie po niej ani ślad – oznajmiła. – Ani jeden przedmiot, ani jeden zapach, ani jedna nitka. Ten dom nie będzie przechowywał jej obecności. Starsza pokojówka poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie miała odwagi. Beyza zauważyła to natychmiast. – Masz jakieś zastrzeżenia? – Nie, proszę pani – odpowiedziała kobieta szybko. – Tylko to są czyjeś rzeczy. Może należałoby je spakować i oddać. Beyza poderwała się z kanapy. – Oddać komu? Tej niewdzięcznicy? Dziewczynie, która weszła do tego domu i wszystko zniszczyła? Nie bądź śmieszna. Mukadder podniosła dłoń, uciszając ją, ale jej własny głos był równie bezwzględny. – Wyniesiecie je na dziedziniec. Natychmiast.
Polecenie zostało wykonane. Na zewnątrz pracownik w roboczym ubraniu przyniósł dużą metalową beczkę. Ustawił ją na środku dziedzińca, kilka kroków od basenu. Słońce odbijało się od jej porysowanej powierzchni. Pokojówki zaczęły wynosić worki. Aysu z rudymi lokami i twarzą pełną napięcia pomagała im z dziwną mieszaniną ciekawości i strachu. Pierwszy worek rozcięto. Na ziemię wysypały się ubrania Hanser. Jasna bluzka, szal, miękki sweter, sukienka, którą kiedyś miała na sobie podczas jednej z tych cichych kolacji, gdy siedziała przy stole jak obcy gość we własnym małżeństwie. Przedmioty nie miały głosu, a jednak wydawało się, że każdy z nich coś pamięta. Starsza pokojówka wzięła do rąk delikatną chustę. Zawahała się. Szybciej! – Rzuciła Beyza, która właśnie wyszła z domu razem z Mukadder. Kobieta wrzuciła chustę do beczki, potem kolejne rzeczy, jedna po drugiej, jakby każda sztuka materiału była wspomnieniem, które należało spalić, zanim zacznie mówić.
Pracownik odkręcił biały kanister i polał ubrania łatwopalnym płynem. Ostry zapach rozszedł się po dziedzińcu. Aysu cofnęła się odruchowo, zasłaniając nos dłonią. Beyza wyjęła pudełko zapałek. Robiła to powoli, z niemal ceremonialną precyzją. Wyciągnęła jedną zapałkę, przesunęła nią po drasce i mały płomień rozbłysł między jej palcami. Żegnaj Hanser! – wyszeptała z satysfakcją. – Tym razem naprawdę. Mukadder patrzyła bez mrugnięcia. W jej oczach nie było litości. Była zgoda, było zimne przekonanie, że czasem trzeba niszczyć bez wahania, jeśli chce się zachować władzę. Beyza uniosła płonącą zapałkę nad beczką i wtedy na podjazd z impetem wjechał czarny Mercedes. Hamowanie było tak gwałtowne, że wszyscy odwrócili głowy. Zapałka zadrżała w palcach Beyzy. Przez sekundę płomień zatańczył niebezpiecznie blisko ubrań. Potem Beyza, blada z szoku, zdmuchnęła go jednym szybkim oddechem.
Cihan wysiadł z samochodu jak człowiek, który nie widzi nikogo poza tym, co trzyma wewnątrz auta. Otworzył tylne drzwi i pochylił się. Kiedy się wyprostował, miał Hanser na rękach. Na dziedzińcu zapadła martwa cisza. Mukadder zrobiła krok do przodu. – Cihan, co się stało? Nie odpowiedział. Beyza patrzyła na nieprzytomną Hanser z niedowierzaniem, a potem na beczkę pełną jej rzeczy. Przez chwilę wyglądała tak, jakby ktoś odebrał jej zwycięstwo dokładnie w momencie, gdy miała je zamknąć w dłoni. Cihan, pytam cię! – Głos Mukadder stał się ostrzejszy. – Co się jej stało? Dlaczego ją tu przywiozłeś? Cihan zatrzymał się tylko na ułamek sekundy. Spojrzał na beczkę, na ubrania, na kanister, na pudełko zapałek w ręce Beyzy. Jego twarz stwardniała. – Co wy robicie? – Zapytał cicho. Ta cisza była groźniejsza niż krzyk. Beyza spuściła wzrok, ale zaraz go podniosła, próbując odzyskać pewność siebie. – Chciałyśmy tylko uporządkować dom. Skoro ona… – Zamknij się! – Jedno zdanie wystarczyło, by zamilkła. Mukadder aż zesztywniała. – Nie będziesz mówił takim tonem w moim domu! Cihan spojrzał na matkę z furią, której nie próbował już ukryć. – To mój dom i ona jest moją żoną. Po tych słowach ruszył prosto do wejścia, mijając wszystkich, jakby byli meblami. Mukadder chciała go zatrzymać, ale nie zdążyła. Beyza stała nieruchomo, zaciskając palce na pudełku zapałek tak mocno, że kartonik się zgniótł.
W innym zakątku miasta Derya siedziała przy niewielkim stole w skromnym mieszkaniu i trzymała telefon przy uchu tak mocno, jakby ten telefon był jednocześnie deską ratunku i kamieniem przywiązanym do szyi. „Powiedziałam, że potrzebuję czasu!” – mówiła nerwowo, zerkając na drzwi. – „Nie, nie mogę teraz. Proszę mnie posłuchać. Nazwisko Cihana nie ma z tym nic wspólnego. Ja nie jestem… Nie, proszę mi nie grozić”. Jej głos się załamał. Na stole leżały rachunki. Kilka z nich było otwartych, inne złożone na pół. Jakby złożenie papieru mogło złożyć również problem. Derya przymknęła oczy. „Oddam. Słyszy pan? Oddam. Ale nie dziś”. Wtedy drzwi się otworzyły. Do mieszkania wszedł mały Emir, ciągnąc za sobą szkolny plecak. Był zmęczony, trochę spocony, z włosami potarganymi po całym dniu. Derya natychmiast zmieniła twarz. Uśmiech, który wymusiła, był kruchy, ale zrobiła wszystko, by syn tego nie zobaczył. „Muszę kończyć” – powiedziała szybko do telefonu. – „Nie dzwońcie tutaj więcej”. Rozłączyła się. Emir rzucił plecak przy krześle. – Mamo, jestem głodny. – Wiem kochanie. Już coś zrobię. Na co masz ochotę? Chłopiec wzruszył ramionami. – Makaron taki z masłem i serem, jeśli jest. Derya pogładziła go po głowie. – Jest. Dla ciebie zawsze coś znajdę. Emir spojrzał na papiery na stole. – Znowu rachunki. Derya szybko zebrała je w stos. – To nic ważnego. – Jak nic ważnego? To czemu płakałaś? Zamarła, potem usiadła przy nim i ujęła jego twarz w dłonie. – Nie płakałam, tylko jestem zmęczona. – Dorośli zawsze mówią, że są zmęczeni, kiedy się boją. Te słowa zabolały ją bardziej, niż chciała przyznać. Przytuliła syna, ale jej wzrok uciekł gdzieś daleko, ku nazwisku, którego właśnie próbowała nie wypowiedzieć. Cihan, długi, przeszłość, wszystko, co mogło wrócić w najmniej odpowiednim momencie.
Tymczasem w rezydencji Cihan wniósł Hanser do dużej sypialni. Położył ją na łóżku tak delikatnie, jakby każdy ruch mógł pogłębić jej cierpienie. Jej twarz była biała, rzęsy spoczywały na policzkach, a dłoń z otarciem leżała bezwładnie na pościeli. Zaraz wpadły pokojówki, Aysu i Mukadder. – Co się wydarzyło? – Mukadder była blada, ale jej złość wciąż walczyła ze strachem. – Odpowiedz mi! Cihan pochylił się nad Hanser i pogładził ją po włosach. Ten gest był tak czuły, że Beyza, która stanęła w progu, zacisnęła zęby. – Cihan! – Mukadder podniosła głos. – Czy ty straciłeś rozum? Po co ją tu przywiozłeś? Po tym wszystkim, po tym, co zrobiła?
Cihan odwrócił głowę powoli. Jego oczy były czerwone od gniewu i strachu. – Wyjdźcie. – Co? – Powiedziałem: wyjdźcie. Aysu cofnęła się odruchowo. Pokojówki spojrzały po sobie. Mukadder zrobiła krok w jego stronę. – Nie będziesz mnie wyrzucał z pokoju jak służącą! Cihan wstała gwałtownie. – Wszyscy natychmiast wyjdą z tego pokoju! – krzyknął tak mocno, że jedna z pokojówek aż drgnęła. – Nikt nie będzie stał nad nią jak nad winowajczynią. Nikt nie będzie jej dotykał. Nikt nie będzie o niej mówił przy mnie ani jednego słowa. Mukadder patrzyła na syna z niedowierzaniem. – Ona cię doprowadzi do zguby. – Nie, to wy ją do tego doprowadziliście. To zdanie zawisło między nimi jak oskarżenie, którego nie dało się cofnąć. Mukadder wyszła pierwsza, dumnie, ale z twarzą napiętą jak maska. Za nią wysunęły się pokojówki i Aysu. Beyza została sekundę dłużej, patrząc na Hanser z nienawiścią tak czystą, że niemal dziecinną. Cihan zauważył to. – Ty też. Beyza przełknęła ślinę. – Cihan, ja tylko… – Wyjdź!
Kiedy drzwi się zamknęły, został sam z Hanser. Usiadł przy łóżku i oparł łokcie na kolanach. Przez chwilę tylko patrzył na jej twarz. „Co ja mam z tobą zrobić?” – wyszeptał. – „Co mam zrobić, żebyś przestała uciekać od świata, który cię rani?”. Ale może najgorsza odpowiedź była taka, że to on sam stał się częścią tego świata. Na dole Mukadder weszła do salonu jak burza. Beyza szła za nią, blada z wściekłości. – Wszystko było gotowe – syknęła. – Wszystko! Jeszcze sekunda i nie zostałoby po niej nic. A on wrócił z nią na rękach, jakby wnosił do domu królową. Mukadder odwróciła się gwałtownie. – Zamknij się, Beyza. Twój język już wystarczająco wiele namieszał. Beyza zamarła, dotknięta. – Mój język? To ja próbuję ratować ten dom! – Ratować? – Mukadder zaśmiała się sucho. – Ty próbujesz ratować siebie i swoje miejsce przy Cihanie. – A czy to źle? – Beyza uniosła głowę. – To ja jestem po właściwej stronie. To ja rozumiem, czym jest rodzina. Hanser przyszła tu znikąd i nagle wszyscy mają się nad nią litować. Mukadder spojrzała na schody. – Cihan nie myśli rozsądnie, bo ona go otruła swoją słabością, swoimi łzami, tą udawaną niewinnością. On już nie widzi nic poza nią.
Mukadder milczała. Beyza podeszła bliżej. – Musimy ją usunąć. Nie jutro, nie kiedyś, teraz. Im dłużej ona tu zostaje, tym bardziej on się przeciw nam zwraca. Mukadder zacisnęła dłonie. – Nie mów mi, co mam robić w moim domu. – Więc proszę mi powiedzieć, co pani zrobi, kiedy Cihan wybierze ją przeciwko pani? Kiedy zamknie przed panią drzwi? Dziś wyrzucił panią z pokoju, jutro wyrzuci panią z własnego życia. Te słowa trafiły celnie. Mukadder nie odpowiedziała, ale jej twarz stężała. Beyza zauważyła to i zrozumiała, że zasiała odpowiedni lęk.
Na górze Hanser poruszyła się niespokojnie. Jej palce drgnęły, potem powieki zadrżały. Cihan natychmiast pochylił się nad nią. – Hanser, słyszysz mnie? Otworzyła oczy. Najpierw nie rozumiała, gdzie jest. Zobaczyła sufit, znajome zasłony, światło wpadające przez okno. Potem zobaczyła twarz Cihana i wtedy strach wrócił. Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie. Oddech przyspieszył. Spróbowała się odsunąć, ale ciało odmówiło jej siły. – Spokojnie! – powiedział Cihan łagodnie. – Nic ci nie jest. Jesteś bezpieczna. Hanser wydała z siebie zduszony dźwięk. – Nie, nie dotykaj mnie. Cihan cofnął ręce, jakby go uderzyła. – Hanser, upadłaś. Muszę zobaczyć, czy… – Nie dotykaj mnie! – krzyknęła już mocniej, odpychając go drżącymi dłońmi. Wtedy zauważył jej rękę. Skóra na dłoni była zdarta, zaczerwieniona, z drobnymi śladami krwi. Cihan ostrożnie ujął ją za nadgarstek. – Masz rany. Hanser próbowała wyrwać dłoń. – Puść! – Chcę tylko zobaczyć. – Powiedziałam: puść! Jej głos pękł. W oczach pojawiły się łzy, ale nie były to łzy słabości. To były łzy człowieka, który został osaczony do granic wytrzymałości.
Cihan puścił jej rękę, ale nie odsunął się całkiem. – Dlaczego wyskoczyłaś z samochodu? Mogłaś umrzeć. Hanser spojrzała na niego z bólem tak głębokim, że przez chwilę zabrakło mu słów. – A tutaj żyję? – zapytała cicho. – Naprawdę myślisz, że tutaj żyję? Cihan zamarł. – Nie mów tak. – A jak mam mówić? Mam ci dziękować za to, że mnie przywiozłeś z powrotem do domu, w którym wszyscy chcą mnie zniszczyć? Za to, że zamykasz mnie w swoim życiu, jakby moje serce nie należało do mnie? Cihan wstał, odwrócił się, przeszedł kilka kroków i wrócił. Widać było, że walczy ze sobą: z gniewem, z winą, z lękiem. – Próbuję cię chronić. Hanser zaśmiała się przez łzy. – Chronić? Ty Cihan, ja nie mogę oddychać. Przy tobie, przy twojej matce, przy Beyzie, przy tych murach. Wszystko mnie boli. Każde spojrzenie, każde słowo, każda chwila. – Przestań. – Nie, tym razem ty posłuchaj mnie! Mam dość. Nie chcę już być w tym domu. Nie chcę twojej troski, która boli bardziej niż nienawiść innych. Nie chcę twoich rozkazów. Nie chcę twojego nazwiska.
Cihan podszedł bliżej. – Nie wyjdziesz stąd. Hanser podniosła głowę. – Co powiedziałeś? – Powiedziałem, że nie wyjdziesz. Możesz płakać, możesz krzyczeć, możesz mnie nienawidzić, ale nie pozwolę ci znowu ryzykować życia. – Nie masz prawa! Zerwała się z łóżka i pobiegła do drzwi. Cihan ruszył za nią natychmiast. Chwycił ją w pół, kiedy już sięgała klamki. – Puść mnie! – krzyczała, szarpiąc się. – Puść! – Uspokój się! – Nienawidzę cię! Słyszysz? Nienawidzę! Te słowa przecięły go jak nóż, ale nie rozluźnił uścisku. Odepchnął ją od drzwi zbyt gwałtownie, zbyt brutalnie. Hanser upadła na łóżko, wstrząśnięta. Przez sekundę oboje milczeli. On oddychał ciężko. Ona patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła przed sobą kogoś obcego. Cihan cofnął się, a w jego oczach pojawił się cień świadomości tego, co zrobił. Ale zamiast przeprosić, ukrył ten cień pod gniewem. – Zostaniesz tutaj – powiedział lodowato – dopóki nie przestaniesz zachowywać się tak, jakby twoje życie nic nie znaczyło.
Wyszedł i zatrzasnął drzwi. Po chwili Hanser usłyszała przekręcany klucz. Rzuciła się do drzwi. – Cihan, otwórz! Otwórz te drzwi! – szarpnęła klamkę. Raz, drugi, trzeci. Drzwi nie ustąpiły. – Nie możesz tego zrobić! – Uderzyła pięścią w drewno. – Słyszysz mnie? Nie możesz! Po drugiej stronie korytarza Cihan stał nieruchomo z kluczem w dłoni. Oddychał ciężko, jakby sam siebie uwięził razem z nią. Wtedy pojawiła się Mukadder. – Co ty wyprawiasz? – syknęła. – Otwórz te drzwi. – Nie. – Cihan, natychmiast otwórz! – Powiedziałem: nie. Mukadder ruszyła do klamki, ale Cihan zastawił jej drogę własnym ciałem. – Nikt nie wejdzie do tego pokoju. – Oszalałeś? – Możliwe. – Ona nie jest więźniem! Cihan spojrzał na matkę z goryczą. – Dopiero teraz to pani zauważyła? Mukadder uniosła dłoń, jakby chciała go spoliczkować, ale opuściła ją. – Nie waż się mnie oskarżać! – To pani ją osaczyła. Pani i Beyza. Wasze szepty, wasze spojrzenia, wasze plany. Chcieliście dziś spalić jej rzeczy jak śmieci! A teraz pyta mnie pani, dlaczego trzymam drzwi zamknięte? Bo nie ufam nikomu w tym domu!
Za ścianą, niewidoczna z korytarza, Beyza stała w ukryciu i słuchała każdego słowa. Jej twarz płonęła upokorzeniem. Mukadder zniżyła głos. – Jeśli nie otworzysz, sama to zrobię. Cihan pochylił się ku niej. – Spróbuje pani, a przysięgam, że pożałuje pani tego dnia. Mukadder zamarła. Nigdy wcześniej nie widziała w synu takiego gniewu, takiego buntu. – Grozisz własnej matce? – Ostrzegam kobietę, która zapomniała, gdzie kończy się jej władza. Wewnątrz pokoju Hanser osunęła się na podłogę, oparła plecy o drzwi i zakryła usta dłonią, by stłumić płacz. Nie chciała, żeby słyszeli jej rozpacz. Nie chciała dać im kolejnego dowodu słabości. Na korytarzu Cihan odwrócił się i zszedł po schodach, zostawiając Mukadder samą z własnym gniewem. Po chwili Beyza wyszła z ukrycia. – Proszę pani… Mukadder odwróciła się błyskawicznie. – Ty milcz! – Ja tylko chciałam powiedzieć, że on naprawdę traci kontrolę. – A kto go do tego doprowadził? – Mukadder spojrzała na nią ostro. – Twoje prowokacje, twoje szepty, twoje triumfy. Myślałaś, że możesz popychać go bez końca? Beyza pobladła. – To Hanser jest problemem. – Problemem jest to, że mój syn staje przeciwko mnie! – Właśnie dlatego trzeba działać – powiedziała Beyza już ciszej, bardziej miękko. – Niech pani spojrzy prawdzie w oczy. Ona go niszczy. Dopóki jest w tym domu, nie będzie należał do rodziny. Ani do pani, ani do mnie, do nikogo. Mukadder nie odpowiedziała. Ruszyła w stronę windy, ale Beyza podążyła za nią jak cień.
W kuchni wrzało od szeptów. Fadime kroiła warzywa, choć nóż drżał jej w dłoni. Aysu opierała się o blat, a młodsza pracownica mieszała coś w garnku, co dawno już przestało wymagać mieszania. – Słyszałyście, jak krzyczał? – zapytała Aysu. – Cały dom słyszał. Fadime westchnęła ciężko. – Czasem człowiek krzyczy nie dlatego, że jest silny, tylko dlatego, że wszystko w nim pęka. Aysu przewróciła oczami, ale bez złośliwości. – On jest zakochany i to nienormalnie. On się boi ją stracić. To widać, jak patrzy na Hanser. Jakby świat miał się skończyć, jeśli ona zniknie. – Miłość nie powinna zamykać drzwi na klucz – powiedziała Fadime cicho. W kuchni zapadła cisza. – Biedna dziewczyna – dodała po chwili. – W tym domu każdy ciągnie ją w inną stronę. Jedni nienawidzą, drugi kocha tak, że nie umie oddychać bez kontroli. A ona? Kto pyta, czego ona chce? Nikt nie odpowiedział.
W salonie Beyza chodziła w kółko jak drapieżnik w klatce. Kiedy Mukadder zeszła po schodach i ciężko opadła na fioletową kanapę, Beyza natychmiast podeszła. – He jej nie wypuści – powiedziała mimowolnie. Mukadder patrzyła przed siebie. – Wiem. – Więc my musimy ją wypuścić z jego życia. Tak, żeby nie było powrotu. Mukadder podniosła wzrok. Był zimny, ciemny, niebezpiecznie spokojny. – Mów ostrożnie. – Ostrożność nas tu doprowadziła. Teraz trzeba być skutecznym. W tej chwili przez salon przeszła młoda Gulsum z tacą przykrytą srebrną pokrywą. Na tacy stał także mały wazonik z wodą, a w nim drobna stokrotka. Beyza zauważyła ją natychmiast. – Gulsum, podejdź. Dziewczyna zatrzymała się przestraszona. – Tak, pani. Beyza uniosła pokrywę i spojrzała na jedzenie. – Dla Hanser? Pani Fadime kazała przygotować. – A to? – Beyza wskazała kwiatek. – Co to ma być? Uroczysta kolacja dla księżniczki? Wtedy podeszła Fadime i przejęła tacę. – To tylko kwiatek. Pomyślałam, że może… – Że co?! – przerwała jej Mukadder ostro. – Że dziewczynie zamkniętej w pokoju trzeba urządzać romantyczne gesty? Fadime spuściła wzrok. – Pomyślałam, że jest ranna i sama… Beyza zaśmiała się chłodno. – Jaka ty jesteś wzruszająca. Zanieś to na górę i pamiętaj, że jesteś tu od pracy, nie od sentymentów. Fadime zabrała tacę i wyszła, ale jej twarz była smutna.
Na korytarzu spotkała Cihana. Zatrzymał ją od razu. – Co niesiesz? – Jedzenie, proszę pana. Dla pani Hanser. Spojrzał na tacę i zauważył stokrotkę. Przez chwilę jego twarz złagodniała. – To twój pomysł? Fadime zawahała się. – Nie chciałam sprawić kłopotu. – Ktoś ci coś powiedział? Nie odpowiedziała. To wystarczyło. Cihan wyjął stokrotkę z wazonika, obracając ją w palcach. – Dziękuję, Fadime. – Ja zaniosę, proszę pana. Może ona… może pani Hanser bardziej by chciała zobaczyć kogoś innego. Cihan spojrzał na nią ostro, ale bez gniewu. – Wiem. To krótkie „wiem” zabrzmiało jak przyznanie się do winy. Odebrał tacę i ruszył na górę. Kiedy wszedł do sypialni, Hanser siedziała na skraju łóżka. Miała twarz opuchniętą od płaczu, ale w oczach wciąż palił się opór. Cihan postawił tacę na szklanym stoliku. – Muisisz coś zjeść. – Nie chcę. – Nie pytam, czy chcesz. Spojrzała na niego z nienawiścią. – Oczywiście. Ty nigdy nie pytasz. Cihan zacisnął szczękę. – Jesteś słaba, upadłaś. Masz ranę. Nie pozwolę, żebyś jeszcze się zagłodziła. – Nie pozwolisz? Czy jest coś, na co mi pozwolisz? Cihan, nie wypowiadaj mojego imienia, tak jakbyś miał do niego prawo! Tu go zabolało. Widać było, że chce odpowiedzieć gniewem, ale przez chwilę walczył z sobą. – Zjedz. – Nie! Wstała gwałtownie i ruszyła w stronę drzwi. Cihan natychmiast stanął jej na drodze. – Odsuń się. – Nie. – Cihan, przysięgam, że jeśli mnie nie wypuścisz… – Co zrobisz? Znowu wyskoczysz z jadącego samochodu? Znowu spróbujesz udowodnić mi, że twoje życie jest mniej ważne niż twoja duma? Hanser uderzyła go w pierś obiema dłońmi. – To nie duma, to rozpacz! Ty nic nie rozumiesz! Spróbowała go ominąć. Chwycił ją za ramiona. Ona zaczęła się szarpać. Taca zabrzęczała na stoliku. Cihan pchnął ją z powrotem na łóżko i pochylił się nad nią, przytrzymując ją, by nie mogła wstać. Hanser oddychała ciężko, łzy płynęły jej po skroniach. – Boję się ciebie – wyszeptała. Te słowa zatrzymały go bardziej niż jakikolwiek krzyk. Powoli puścił jej ramiona. – Nie chcę, żebyś się mnie bała. – Ale się boję. Przez chwilę patrzył na nią, jakby dopiero teraz zobaczył prawdziwy obraz ich małżeństwa: nie układ, nie obowiązek, nie nazwisko, tylko kobietę leżącą przed nim z sercem pełnym strachu. Wstał. – Zostawię jedzenie. Zjedz choć trochę. – Wyjdź. Skinął głową, choć duma kazała mu zostać. Wyszedł, zamykając drzwi, ale tym razem nie przekręcił od razu klucza. Stał chwilę z dłonią na klamce, potem jednak przekręcił go powoli.
Na dole salon eksplodował kolejną awanturą. Nusret wpadł do środka wściekły, z twarzą czerwoną od gniewu. – Co wy wyprawiacie w tym domu?! – krzyknął, wskazując palcem na Beyzę i Mukadder. – Czy wy wszyscy postradaliście rozum?! Beyza zerwała się z kanapy. – Proszę uważać, jak pan do mnie mówi! – Do ciebie? Ty powinnaś się modlić, żebym w ogóle chciał z tobą rozmawiać po tym, co tu robisz! Mukadder stanęła między nimi. – Nusret, dosyć! – Nie, Mukadder, dosyć było dawno temu! Teraz ten dom wygląda jak pole bitwy, a wy zachowujecie się, jakby chodziło o ustawienie mebli w salonie! Wtedy po schodach zszedł Cihan. Nusret odwrócił się ku niemu natychmiast. – A ty? Ty jesteś z siebie dumny? Zamykasz kobietę w pokoju i nazywasz to ochroną? Cihan zatrzymał się na ostatnim stopniu. – Nie wtrącaj się. – Będę się wtrącał, jeśli widzę, że ktoś traci człowieczeństwo! Mukadder krzyknęła: „Nusret!”, ale było za późno. Obaj mężczyźni stanęli naprzeciw siebie. – Nie masz pojęcia, co się wydarzyło – powiedział Cihan nisko. – Wiem wystarczająco. Wiem, że ona jest przerażona. Wiem, że twoja matka i Beyza ją nienawidzą. I wiem, że ty, zamiast ją ratować, zaciskasz wokół niej pięść. Cihan ruszył krok do przodu. – Uważaj. – Nie, to ty uważaj, bo przyjdzie dzień, kiedy ona spojrzy na ciebie i nie zobaczy mężczyzny, który ją kochał. Zobaczy tylko kolejną osobę, przed którą musiała uciekać. Te słowa uderzyły boleśnie. Cihan nie odpowiedział. Nusret splunął gniewem w powietrze, odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.
W kuchni Melih wpadł chwilę później zaniepokojony. – Co się dzieje? Czemu wszyscy krzyczą? Aysu zaczęła mówić pierwsza, szybko, chaotycznie, a Fadime próbowała ją uspokoić. Melih słuchał coraz bardziej blady. – Hanser jest zamknięta? – zapytał. Fadime skinęła głową. – Pan mówi, że dla jej bezpieczeństwa. Melih przeklął pod nosem i wybiegł z kuchni. W salonie awantura wybuchła na nowo, gdy Nusret wrócił. Tym razem nie krzyczał od progu, podszedł prosto do Cihana i chwycił go za kołnierz. – Otworzysz te drzwi?! – warknął. – Albo ja to zrobię! Cihan złapał go za nadgarstki. – Puść mnie! – Beyza krzyknęła. Mukadder rzuciła się między nich, a Melih wbiegł do salonu w ostatniej chwili, gotów ich rozdzielić. Przez kilka sekund wszystko było chaosem: krzyki, szarpanie, ciężki oddech, panika służby stojącej w oddali.
I wtedy w drzwiach pojawiła się Sinem. Jej wejście uciszyło wszystkich. Stała prosto w hidżabie, z twarzą surową i zamkniętą. Nie musiała podnosić głosu. Jej milczenie miało większą siłę niż krzyk. Cihan odwrócił się pierwszy. – Sinem. Ona spojrzała na niego głęboko, potem na Mukadder, Beyzę, Nusreta, Meliha. W salonie zapadła grobowa cisza. – Widzę, że ten dom nie potrzebuje wrogów z zewnątrz – powiedziała zimno. – Sam doskonale potrafi pożerać własnych ludzi. Nikt nie odpowiedział. Cihan poprawił kołnierz i spojrzał po rodzinie. Jego twarz znów stała się twarda. – Posłuchajcie mnie wszyscy bardzo uważnie – powiedział. – Od tej chwili nikt nie wypowie przy Hanser ani jednego słowa, które mogłoby ją zranić. Nikt nie wejdzie do mojego pokoju bez mojej zgody. Nikt nie będzie decydował o jej rzeczach, o jej losie, o jej miejscu w tym domu. A jeśli ktokolwiek spróbuje knuć za moimi plecami, dowie się, kim potrafię być, kiedy kończy mi się cierpliwość. Beyza opuściła wzrok, ale jej usta zadrżały ze złości. Mukadder patrzyła na syna jak na obcego. – To twoje ostatnie słowo? Nie odpowiedział Cihan. – To pierwsze ostrzeżenie. Po tym odwrócił się i wyszedł z salonu.
W kuchni później Engin próbował tłumaczyć sytuację Fadime, Gulsum i Aysu, ale sam wyglądał na człowieka przygniecionego ciężarem cudzych sekretów. – He nie myśli jasno – powiedziała Aysu. – To nie jest normalne. Engin oparł dłonie na stole. – W tym domu od dawna nic nie jest normalne. – A Hanser? – zapytała Gulsum cicho. – Co z nią będzie? Engin długo milczał. – Jeśli ktoś szybko nie przerwie tego szaleństwa, wszyscy zapłacą za nie cenę.
Wieczorem Hanser, osłabiona, ale już stojąca, weszła do fioletowej sypialni. Nie wiedziała, że drzwi balkonowe są uchylone. Dopiero po chwili usłyszała głosy. Zatrzymała się. Na balkonie stał Cihan. Naprzeciw niego Beyza płakała, ale był to płacz dziwny: pełen żalu, zazdrości i kalkulacji. – Powiedz mi prawdę – mówiła Beyza. – Czy ona jest dla ciebie aż tak ważna? Cihan odwrócił twarz ku ciemniejącemu niebu. – To skomplikowane. – Nie pytam, czy to skomplikowane. Pytam, czy ją kochasz? Hanser, stojąca za uchylonymi drzwiami, przestała oddychać. Cihan milczał zbyt długo. – To małżeństwo nie zaczęło się od miłości – powiedział w końcu. – Były okoliczności, rodzina, odpowiedzialność, dziecko, układ, który wymknął się spod kontroli. Beyza otarła łzy. – Więc nie kochasz jej. Cihan zamknął oczy. – W tej relacji nie było miejsca na takie słowa.
Hanser poczuła, jak coś w niej pęka. Nie krzyknęła, nie weszła na balkon, nie zażądała wyjaśnień, tylko stała przyciskając dłoń do ust, żeby nie wydać z siebie dźwięku. Wszystko, co przeżyła tego dnia – upadek na asfalt, zamknięte drzwi, szarpaninę, strach – nagle skupiło się w jednym zdaniu: nie było miejsca na miłość. Cihan mówił dalej, ale Hanser już nie słyszała. Widziała tylko jego profil na tle wieczornego światła. Mężczyznę, który przyniósł ją na rękach jak najcenniejszą rzecz, a potem mówił innej kobiecie, że ich więź była układem. Beyza patrzyła na niego przez łzy, ale w jej oczach pojawił się błysk zwycięstwa. – A jeśli ona naprawdę uwierzyła, że coś dla ciebie znaczy? – zapytała miękko. Cihan odwrócił głowę. – Beyza, dosyć. Chcę tylko wiedzieć, ile jeszcze osób będzie cierpieć przez twoje niezdecydowanie.
Cihan przeszedł obok niej i opuścił balkon. Nie zauważył Hanser. A może była już tak cicha, że świat przestał ją dostrzegać. Kiedy jego kroki oddaliły się na korytarzu, Hanser osunęła się powoli przy framudze drzwi. Łzy płynęły po jej twarzy bezgłośnie. Nie było w niej już siły na bunt. Nawet gniew gdzieś zniknął. Pozostało tylko to straszne, zimne zrozumienie: była w domu, który chciał spalić jej ślady. Była przy mężczyźnie, który bał się ją stracić, ale nie umiał jej dać wolności. Była żoną w małżeństwie, w którym, jak właśnie usłyszała, nie było miejsca na miłość. Za oknem Stambuł świecił tysiącem świateł, obojętny na jej ból, a Hanser, oparta o drzwi balkonowe, zamknęła oczy i pozwoliła, by cisza zrobiła to, czego nie potrafiły już łzy. Ukryła przed światem resztki swojego złamanego serca.