Beyza NIE JEST W CIĄŻY?! Gülsüm ma w rękach dowód — sztuczny brzuch!

Szokująca tajemnica Beyzy. Fałszywa ciąża i bezlitosny szantaż Gülsüm!

Wyobraźcie sobie ten ułamek sekundy, w którym prawda wychodzi na jaw. Kiedy Gülsüm pod osłoną szpitalnych murów odkrywa, że ciążowy brzuch Beyzy to jedynie sztuczny rekwizyt z materiału, układ sił w rezydencji odwraca się o 180 stopni. Ciąża, która miała zagwarantować Beyzie niepodważalną pozycję, majątek i zatrzymać Cihana, okazuje się jednym wielkim bezczelnym oszustwem. Jednak Gülsüm nie jest aniołem szukającym sprawiedliwości. Jej oczy błyskawicznie zaślepia chciwość. Posiadając w rękach dowód, który może zrównać życie Beyzy z ziemią, rozpoczyna niebezpieczną grę w kotka i myszkę. Bezwzględny szantaż na kwotę 300 000 lirów to dopiero początek. W tym samym czasie, gdy zdesperowana Beyza wpada w histerię, a jej ojciec Nusret wraz z chłodną Mukadder knują w cieniu mroczne pakty wymierzone w nową synową, niewinna Hancer przeżywa prawdziwe katusze. Złamana z bólu i podsłuchująca urywki spisków, jest gotowa zrezygnować z jedynej prawdziwej miłości w imię nienarodzonego dziecka, nie mając najmniejszego pojęcia, że jej największa przeszkoda nie istnieje. Kto wygra tę brutalną partię szachów? Czy chciwość Gülsüm doprowadzi do spektakularnego upadku Beyzy? Czy też Nusret zdoła uciszyć szantażystkę, zanim zrujnuje ich imperium kłamstw? Zdrada, pieniądze, ukryte łzy i bezlitosna walka o władzę. Zapnijcie pasy.

Szpital pachniał środkiem dezynfekującym, zimną kawą z automatu i strachem, którego nikt nie potrafił nazwać na głos. W białych korytarzach wszystko wydawało się zbyt czyste, zbyt jasne, zbyt obojętne wobec ludzkich dramatów. Tu płakano po cichu, modlono się bez słów i czekano na wiadomości, które mogły albo przywrócić komuś życie, albo zburzyć cały świat. Tego dnia jednak w szpitalu nie chodziło wyłącznie o stan Cihana. W cieniu jego walki o życie zaczynała dojrzewać inna prawda. Brudna, upokarzająca, niebezpieczna. Prawda, która ukrywała się nie w lekarskim raporcie, nie w wynikach badań, nie w sali operacyjnej, lecz pod ubraniem kobiety, która od tygodni trzymała całą rodzinę w garści.

Beyza leżała na szpitalnym łóżku – blada, osłabiona i milcząca. Dla każdego, kto spojrzałby z zewnątrz, była ofiarą: kobietą ciężarną, kruchą, porzuconą pomiędzy dawnym małżeństwem a nową żoną mężczyzny, którego nadal uważała za swoją własność. Dla Mukadder była matką przyszłego wnuka. Dla Nusreta – narzędziem, które należało chronić za wszelką cenę. Dla Hancer – bólem, którego nie wolno było kwestionować, bo w centrum tego bólu miało znajdować się dziecko. Ale dla Gülsüm, która tego dnia przekroczyła próg szpitalnej łazienki z czarną torbą w ręku, Beyza była zagadką. Gülsüm nie należała do kobiet, które łatwo dawały się oszukać. Mogła udawać prostą służącą, mogła spuszczać wzrok przy możnych tego domu, mogła milczeć, gdy inni krzyczeli, ale jej oczy widziały więcej, niż komukolwiek się wydawało. W ostatnich tygodniach coś w zachowaniu Beyzy nie dawało jej spokoju. Zbyt wiele ostrożności, zbyt wiele teatralnych westchnień, zbyt wiele chwil, w których kobieta nagle zasłaniała brzuch, poprawiała ubranie albo wycofywała się, kiedy ktoś przypadkiem znalazł się zbyt blisko.

Wchodząc do łazienki, Gülsüm rozejrzała się szybko. Kabiny były puste. Przy lustrze nie było nikogo. Tylko jarzeniowe światło drżało lekko nad jej głową, a z kranu kapała woda, jakby odmierzała czas do czegoś, czego nie dało się już zatrzymać. Przycisnęła czarną torbę do piersi. „Spokojnie, Gülsüm” – szepnęła do własnego odbicia. „Jeszcze tylko chwila. Albo wyjdziesz stąd głupia, albo wyjdziesz bogata”. Ta myśl sama ją zaskoczyła. Bogata. Jak słodko brzmiało to słowo: niesprawiedliwa, nieodważna, niewierna prawdzie. Bogata. Od dawna żyła w domu, w którym ludzie tacy jak ona nosili tace, zamykali okna, ścierali kurz z drogich mebli i słuchali sekretów, za które nigdy nie dostawali nic prócz krzyku. Tego dnia po raz pierwszy poczuła, że sekret może należeć do niej.

Kiedy kilka minut później weszła do sali Beyzy, miała już na twarzy maskę pokornej, zatroskanej kobiety. Biała bluzka z czarną wstążką nadawała jej wygląd niemal urzędowy, prawie medyczny. Wystarczyło kilka pewnych kroków, spuszczona głowa i spokojny ton, by pielęgniarka nie zadała zbyt wielu pytań. „Pomogę pani poprawić pościel” – powiedziała cicho. Pielęgniarka zerknęła na nią przelotnie, zmęczona po długim dyżurze. „Tylko ostrożnie. Pacjentka musi odpoczywać”. Beyza leżała z zamkniętymi oczami. Jej twarz wydawała się niemal niewinna. Gülsüm przez moment patrzyła na nią z dziwnym uczuciem. Gdyby nie znała jej spojrzeń, jej rozkazów, jej jadu wypowiadanego półgłosem na korytarzach rezydencji, może nawet by jej współczuła. Ale nie współczuła. Czekała. Pielęgniarka wyszła z sali, mówiąc coś o lekach i dokumentach. Drzwi zamknęły się cicho i właśnie wtedy powietrze wokół Gülsüm zgęstniało.

Serce zaczęło walić jej tak mocno, że przez sekundę przestraszyła się, iż Beyza obudzi się od samego tego dźwięku. Podeszła bliżej. Najpierw poprawiła koc, potem ostrożnie uniosła brzeg ubrania. Jej dłonie drżały, ale nie cofnęła ich. Odsłaniała centymetr po centymetrze to, co przez tyle czasu trzymano przed wszystkimi jak świętość. I wtedy zobaczyła. To nie był brzuch kobiety oczekującej dziecka. To był rekwizyt. Duży, miękki, materiałowy, przymocowany tak sprytnie, że pod odpowiednim ubraniem mógł zmylić każdego. Fałszywa krągłość, fałszywe macierzyństwo, fałszywy dramat. Cała przyszłość, o którą Mukadder tak zaciekle walczyła, spoczywała teraz pod palcami Gülsüm jako kawałek oszustwa. Kobieta zamarła. Przez chwilę nie oddychała. Patrzyła na przedmiot z takim niedowierzaniem, jakby odkryła nie kłamstwo Beyzy, lecz pęknięcie w samym fundamencie domu Develioğlu. Wszystkie łzy Beyzy, wszystkie jej pretensje, wszystkie rozmowy o dziecku, spadku, prawach, nazwisku, wszystkie spojrzenia rzucane Hancer, jakby ta była złodziejką cudzego szczęścia – kłamstwo.

Gülsüm poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz. „A więc to tak” – wyszeptała prawie bezgłośnie. Szybko odpięła sztuczny brzuch. Ruchy miała nerwowe, ale precyzyjne. W każdej sekundzie mogła wejść pielęgniarka. Beyza mogła otworzyć oczy. Ktoś mógł zapytać, co robi. Jednak strach mieszał się z narastającą ekscytacją, a ekscytacja była silniejsza. Wsunęła rekwizyt do czarnej torby i poprawiła ubranie Beyzy tak, by przez kilka minut nikt nie dostrzegł różnicy. Potem cofnęła się o krok, spojrzała na bladą twarz kobiety i uśmiechnęła się z cieniem pogardy. „Królowa bez korony” – mruknęła. „Matka bez dziecka”. Wyszła z sali tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Dopiero gdy znalazła się znów w łazience, zamknęła drzwi na zamek i wypuściła powietrze z płuc. Czarnej torby nie położyła na podłodze. Trzymała ją jak skarb.

Po chwili wyjęła sztuczny brzuch i uniosła go przed lustrem. Obraz był niemal groteskowy: Gülsüm w białej bluzce z twarzą napiętą od emocji, trzymająca w rękach przedmiot, który mógł zniszczyć Beyzę szybciej niż jakiekolwiek oskarżenie. Najpierw w jej oczach pojawił się szok, potem niedowierzanie, a potem coś zupełnie innego. Przebiegły błysk, którego nie dałoby się pomylić ze współczuciem. „Cała ta ciąża” – powiedziała cicho, jakby smakowała każde słowo – „całe to przedstawienie, te omdlenia, te łzy, te rozkazy. Moje dziecko, wnuk Mukadder, przyszły spadkobierca. Wszystko było kłamstwem”. Obracała rekwizyt w dłoniach, dotykała szwów, materiału, pasków mocujących. Im dłużej patrzyła, tym wyraźniej czuła, że nie trzyma rzeczy – trzyma władzę. „To nie jest zwykły kawałek materiału” – wyszeptała, a kąciki jej ust uniosły się powoli. „To klucz do skarbu. Hazime Anahtar”. Jej własny śmiech odbił się od kafelków łazienki. Był cichy, zduszony, ale pełen triumfu.

Przez moment przyszła jej do głowy Hancer. Biedna Hancer siedząca gdzieś w pobliżu sali Cichana z sercem rozdartym pomiędzy miłością a poczuciem winy. Gdyby dowiedziała się prawdy, mogłaby odzyskać wszystko: Cihana, nadzieję, prawo do walki o własne szczęście. Ale Hancer była zbyt miękka. Gülsüm znała ją aż za dobrze. Hancer zapłakałaby, zadrżała. Może pobiegłaby do Cichana, gdyby był przytomny. Może chciałaby wyznać prawdę, ale zrobiłaby to przez sumienie, nie przez spryt. A sumienie rzadko płaciło rachunki. „Hancer…” – mruknęła Gülsüm, patrząc w lustro. „Nie, ona nie zapłaci. Ona nawet nie umiałaby się cieszyć z takiej prawdy. Cihan? Gdyby się obudził, może zniszczyłby Beyzę, ale czy dałby mi coś za dowód? Mukadder? Ona mogłaby mnie zakopać żywcem za samo wypowiedzenie tego sekretu”. Zatrzymała spojrzenie na własnych oczach. „Beyza” – powiedziała po chwili. „Ten, kto najbardziej boi się prawdy, zapłaci najwięcej”.

Wsunęła rekwizyt z powrotem do torby i właśnie wtedy usłyszała gwałtowne szarpnięcie klamki. Drzwi łazienki otworzyły się tak nagle, że Gülsüm ledwo zdążyła zasunąć torbę. W progu stała Beyza. Nie była już bezbronną pacjentką. Była blada, roztrzęsiona, z oczami pełnymi podejrzenia i gniewu. Jej spojrzenie natychmiast padło na czarną torbę. „Co ty tutaj robisz?” – zapytała ostro. Gülsüm przez ułamek sekundy poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg. Ale ten ułamek wystarczył, by zrozumiała: jeśli okaże strach, przegra. Odwróciła się do umywalki, odkręciła wodę i pochyliła twarz nad strumieniem. „Rozbolała mnie głowa” – odpowiedziała spokojnie. „Chciałam tylko ochlapać się wodą. W szpitalu jest duszno”. Beyza weszła głębiej. Jej kroki były powolne, ale pełne napięcia. „Od kiedy to chodzisz po szpitalu jak personel medyczny?”. „Nie udaję personelu, proszę pani”. „Nie kłam!”.

Gülsüm uniosła wzrok. W lustrze spotkały się ich spojrzenia: jedno lodowate i podejrzliwe, drugie pozornie pokorne, ale pod spodem rozpalone odkrytą przewagą. „Przyszłam pomóc” – powiedziała Gülsüm łagodnie. „Tyle się dzieje. Pani Beyza w szpitalu, pan Cihan na intensywnej terapii, pani Mukadder na granicy załamania…”. „Nie wymawiaj jego imienia takim tonem!” – przerwała Beyza. Gülsüm spuściła wzrok. „Oczywiście”. Beyza podeszła jeszcze bliżej. „I zapamiętaj sobie jedno. Nie próbuj udawać lekarki. Nie wchodź do mojego pokoju, nie dotykaj moich rzeczy i nie wtrącaj się w sprawy, których nie rozumiesz. Jesteś ignorantką, Gülsüm, tylko ignorantką. Twoje miejsce jest tam, gdzie każę ci stać”. Słowa miały zranić i zraniłyby, gdyby Gülsüm nie trzymała w torbie czegoś znacznie silniejszego niż duma Beyzy. „Oczywiście, proszę pani” – odpowiedziała cicho. Beyza patrzyła na nią jeszcze chwilę, jakby chciała przebić wzrokiem czarną torbę. Potem odwróciła się gwałtownie i wyszła. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, Gülsüm pozwoliła sobie na uśmiech. „Ignorantka” – powtórzyła szeptem. „Zobaczymy, kto tu czego nie rozumie”.

Beyza jednak nie odeszła daleko. Po kilku sekundach wróciła do łazienki sama. Jej oddech był szybki, nierówny. Zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i natychmiast wsunęła dłonie pod ubranie. Nie było go. Nie było brzucha. Przez moment stała nieruchomo, jakby ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Potem zaczęła szarpać materiał ogrodniczek, poprawiać paski, dotykać miejsca, które miało być zabezpieczone, ukryte, nietykalne. „Nie…” – wyszeptała. „Nie, nie, nie!”. Panika przyszła falą, zalała ją od stóp po gardło. Beyza, która potrafiła krzyczeć na cały dom, teraz nie mogła wydobyć z siebie pełnego głosu. Jej największa broń zniknęła. Nie dziecko, nie dowód macierzyństwa – rekwizyt, kłamstwo. Przedmiot, bez którego całe przedstawienie mogło runąć po jednym pytaniu. Spojrzała w lustro i zobaczyła kobietę bez maski. „Kto?” – syknęła do własnego odbicia. „Kto mi to zrobił?”.

Tymczasem Gülsüm zdążyła już opuścić szpitalną łazienkę. Szła korytarzem z torbą przyciśniętą do boku, czując się jak ktoś, kto wyniósł z sejfu najcenniejszy klejnot. Mijała pielęgniarki, lekarzy, ludzi siedzących na krzesłach z twarzami pełnymi zmęczenia. Nikt nie wiedział, że w jej torbie znajduje się prawda, która może zmienić losy całej rodziny. Przed budynkiem szpitala powietrze było chłodniejsze. Na drewnianej ławce, nieco z boku od wejścia, siedziała Hancer. Gülsüm zatrzymała się. Hancer wyglądała tak, jakby całą noc walczyła z samą sobą. Miała zaczerwienione oczy, splecione dłonie i twarz kogoś, kto nie wie, czy ma prawo jeszcze czekać. Siedziała nieruchomo, wpatrzona w drzwi szpitala, jakby od samego ich otwarcia zależało jej życie. Gülsüm podeszła powoli. „Dlaczego jeszcze tu siedzisz?”. Hancer drgnęła. Dopiero po chwili zorientowała się, kto do niej mówi. „Nie mogę odejść” – odpowiedziała cicho. „Powinnaś wrócić do domu. Jeśli Mukadder cię zobaczy, rozpęta piekło”. Hancer uśmiechnęła się smutno. W tym uśmiechu nie było ani buntu, ani siły. Było tylko zmęczenie. „Piekło już się rozpętało, Gülsüm. Tylko nie wszyscy jeszcze to zauważyli”.

Gülsüm usiadła obok niej. Torbę położyła na kolanach i odruchowo zacisnęła na niej palce. „Czekasz na wiadomość o Cihanie?”. „Na cokolwiek” – szepnęła Hancer. „Na jedno słowo, na znak, na to, że otworzył oczy, że oddycha sam, że lekarze powiedzą: żyje naprawdę. Nie tylko dlatego, że maszyny nie pozwalają mu odejść”. Gülsüm przyjrzała jej się uważnie. Hancer była dokładnie taka, jak sądziła: zbyt poraniona, zbyt uczciwa, zbyt gotowa cierpieć, jeśli cierpienie miało ocalić czyjeś sumienie. „A jeśli on się obudzi?” – zapytała. „Co wtedy zrobisz?”. Hancer spuściła głowę. „Nie wiem”. „Nie wiesz, czy do niego wrócisz?”. „To nie jest takie proste, bo Beyza…”. Na dźwięk tego imienia twarz Hancer pobladła. „Bo dziecko” – odpowiedziała po chwili. „Beyza może być wszystkim, czym jest. Może być okrutna, dumna, zazdrosna… ale jeśli nosi dziecko Cihana, nie mogę udawać, że to nie istnieje”.

Gülsüm poczuła, jak w jej gardle zatrzymuje się prawda. „Jeśli nosi dziecko…” – te słowa zawisły między nimi jak cienka nić, którą wystarczyło przeciąć. Gülsüm mogła to zrobić. Mogła powiedzieć: „Hancer, ona nie jest w ciąży”. Mogła otworzyć torbę, pokazać rekwizyt i patrzeć, jak cierpienie tej kobiety zamienia się w coś innego: w gniew, nadzieję, ulgę. Ale zamiast tego zapytała: „A gdyby Beyza wcale nie była w ciąży?”. Hancer spojrzała na nią zdezorientowana. „Co?”. „Gdyby to wszystko było wymysłem? Gdyby okazało się, że nie ma żadnego dziecka, żadnego wnuka, żadnego powodu, dla którego miałaby stać między tobą a Cihanem? Co wtedy?”. Hancer milczała długo. Jej oczy zaszkliły się łzami, ale nie było w nich triumfu, którego Gülsüm może podświadomie oczekiwała. „Dlaczego pytasz mnie o coś takiego?”. „Po prostu odpowiedz”. Hancer zacisnęła palce na brzegu ławki. „Gdyby tak było” – zaczęła, ale głos natychmiast jej się załamał – „gdyby tak było, znaczyłoby to, że wszyscy cierpieliśmy przez kłamstwo. Że Cihan był rozdzierany między winą a miłością bez powodu. Że ja odeszłam, choć może nie musiałam. Że pozwoliłam jej zabrać mi życie, bo wierzyłam, że chronię niewinne dziecko”. Gülsüm czekała. „I co byś zrobiła?”. Hancer zamknęła oczy. „Nie wiem. Może pobiegłabym do niego, może zapłakałabym tak, że nie mogłabym oddychać… ale nie umiałabym się cieszyć. Nie od razu. Bo takie kłamstwo nie niszczy tylko winnych. Ono niszczy wszystkich”.

Gülsüm patrzyła na nią z mieszanką irytacji i zdumienia. „Ty naprawdę nie myślisz o sobie, prawda?”. „Myślę” – odpowiedziała Hancer cicho. „Każdej nocy myślę o tym, że go kocham, że chcę usłyszeć jego głos, że chcę, żeby mnie zobaczył, zanim znowu zamknie oczy… ale potem myślę o dziecku. I jeśli ono istnieje, nie wolno mi budować szczęścia na jego krzywdzie”. Gülsüm wstała powoli. Teraz była już pewna: Hancer nie zapłaci. Hancer nie wykorzysta tej prawdy. Hancer może nawet poprosi ją, by najpierw się upewnić, by nie robić nikomu krzywdy, by pójść do Cihana, do lekarzy, do sumienia. A Gülsüm nie chciała sumienia, chciała zapłaty. „Jesteś zbyt dobra, Hancer” – powiedziała półgłosem. Hancer uniosła wzrok. „Co powiedziałaś?”. „Nic. Tylko tyle, że powinnaś uważać. W tym domu dobroć jest jak otwarta rana. Każdy może ją nacisnąć”. Zostawiła ją na ławce i odeszła. Hancer patrzyła za nią, czując, że w tej dziwnej rozmowie ukrywało się coś więcej, ale nie miała siły rozplątywać kolejnej tajemnicy. Jej serce było nadal za drzwiami szpitala, przy łóżku Cihana.

Po kilku minutach nie wytrzymała, wstała i wróciła do budynku. Korytarz prowadzący w stronę oddziału był cichszy niż wcześniej. Światło padało na ściany zimnymi smugami. Hancer szła powoli, gotowa cofnąć się, jeśli zobaczy Mukadder. Nie chciała kłótni. Chciała tylko dowiedzieć się, czy żyje. Wtedy usłyszała głosy. Jeden należał do Mukadder, drugi do Nusreta. Hancer zatrzymała się natychmiast. Instynktownie cofnęła się za drewnianą konstrukcję przy ścianie, która osłaniała ją przed wzrokiem siedzących dalej osób. „Rozmawiałem z odpowiednim człowiekiem” – mówił Nusret cicho, lecz stanowczo. „Sprawa jest załatwiona. Ptak jest już w klatce”. Hancer zamarła. Ptak? Klatka? Mukadder odpowiedziała z napięciem: „To naprawdę takie proste? A jeśli ten półgłówek, jej brat, zacznie robić problemy?”. Nusret prychnął lekceważąco. „Nie martw się. Tacy ludzie robią hałas tylko wtedy, kiedy ktoś im pozwala. Tym razem nikt mu nie pozwoli. Wszystko załatwimy bez hałasu. Od tej chwili ruch należy do ciebie”.

Hancer poczuła zimno w palcach. Nie rozumiała wszystkiego, ale ton tej rozmowy był zbyt mroczny, zbyt poufny, zbyt pewny siebie. Mukadder siedziała sztywno, z twarzą napiętą od gniewu. „Ta nowa synowa zniszczyła mi życie” – powiedziała z nienawiścią. „Weszła do mojego domu jak cień, a potem odebrała mi syna, odebrała mi spokój, odebrała mi kontrolę… ale ja jej pokażę, gdzie jest jej miejsce”. Hancer zamknęła oczy. A więc to o niej. „Musisz działać ostrożnie” – ostrzegł Nusret. „Cihan jest w szpitalu. Ludzie są rozkojarzeni. To dobry czas, ale też niebezpieczny. Jeśli ktoś połączy fakty…”. „Nikt niczego nie połączy!” – przerwała Mukadder. „Wszyscy patrzą na Cihana. Wszyscy płaczą nad jego łóżkiem. A ja muszę myśleć o przyszłości rodziny”. „O przyszłości Beyzy” – poprawił ją Nusret. Mukadder odwróciła głowę i spojrzała na niego twardo. „O przyszłości mojego wnuka”. To słowo uderzyło Hancer prosto w serce. Wnuk. Nie wiedziała jeszcze, że ten wnuk był tylko kłamstwem. Nie wiedziała, że prawda leży w czarnej torbie Gülsüm. Dlatego każde słowo Mukadder brzmiało jak wyrok. „Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem” – kontynuowała Mukadder – „połowa rezydencji przypadnie dziecku. A skoro dziecko należy do Beyzy, jej pozycja w rodzinie będzie niepodważalna. Hancer może płakać, może błagać, może udawać świętą… nie wygra z krwią”. Nusret uśmiechnął się krzywo. „Krew bywa wygodnym argumentem”. Mukadder nie zauważyła ironii. Nachyliła się i z wdzięcznością pocałowała go w dłoń. „Dobrze, że jesteś po naszej stronie”.

Hancer patrzyła na ten gest z przerażeniem. W tej chwili zrozumiała, że Mukadder i Nusret nie tylko rozmawiali – oni zawarli pakt. Coś zostało zaplanowane. Ktoś został zamknięty, uciszony albo odsunięty. A ona, Hancer, była przeszkodą, którą należało usunąć z drogi. Nagle telefon Nusreta zaczął dzwonić. Mężczyzna spojrzał na ekran i natychmiast zesztywniał. Odsunął się kilka kroków od Mukadder. „Tak?”. Po drugiej stronie odezwała się Beyza. Jej głos był cienki, histeryczny, pełen paniki, której nie potrafiła ukryć. „Tato, jesteśmy skończeni!”. Nusret zacisnął szczękę. „Uspokój się. Co się stało?”. „Nasz plan legł w gruzach. Ktoś wie. Ktoś ma mój brzuch!”. Nusret odwrócił się plecami do korytarza, ale Hancer zdołała usłyszeć tylko fragmenty: plan, ktoś wie, brzuch. Te słowa były oderwane, poszarpane, ale wystarczająco dziwne, by jeszcze mocniej wbić się w jej pamięć.

„Mów wolniej!” – syknął Nusret. „Co dokładnie się stało?”. Beyza chodziła po swoim pokoju w rezydencji jak uwięzione zwierzę. Jedną ręką trzymała telefon, drugą nerwowo dotykała brzucha, który teraz był płaski pod luźnym ubraniem. „Dostałam wiadomość. Zdjęcie. Ktoś wysłał mi zdjęcie tego… tego przedmiotu. Napisał: »Szukasz tego?«. Tato, ktoś mnie szantażuje!”. Nusret zamknął oczy. Przez chwilę milczał tak długo, że Beyza prawie krzyknęła: „Powiedz coś!”. „Zamknij się i słuchaj mnie uważnie” – powiedział niskim, lodowatym głosem. „Nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. Nie krzycz. Nie oskarżaj nikogo bez dowodu. Musisz zyskać na czasie”. „Na czasie? Ona ma dowód! Albo on! Nie wiemy, kto to jest! Co mam zrobić?”. „Dowiedz się, czego chce ta osoba. Pieniądze, przysługa, milczenie w zamian za coś… każdy szantażysta ma cenę. Kiedy ją poznamy, zdecydujemy, czy zapłacić, czy go zniszczyć”. Beyza oddychała szybko. „Jeśli prawda wyjdzie na jaw, Mukadder mnie zabije”. „Prawda nie wyjdzie na jaw!” – przerwał Nusret. „Dopóki ja żyję, nikt nas nie zniszczy, rozumiesz? A jeśli to Hancer?”. „Hancer nie ma w sobie takiego sprytu. Gülsüm, Sinem, ktoś ze szpitala… nie ufaj nikomu” – powiedział Nusret. „Od tej chwili każdy uśmiech może być pułapką, każde pytanie może być testem. Rób dokładnie to, co mówię”. Rozłączył się i przez moment stał nieruchomo. Kiedy wrócił do Mukadder, jego twarz była już spokojna. To była twarz człowieka, który przez lata nauczył się zakrywać katastrofę jednym obojętnym spojrzeniem. „Pójdę po coś do picia” – powiedział. Mukadder zmrużyła oczy. „Kto dzwonił?”. „Nikt ważny”. „Nusret…”. „Powiedziałem: nikt ważny”. Mukadder nie uwierzyła, ale pozwoliła mu odejść. Miała własne lęki, własne plany i własną nienawiść do Hancer, która zasłaniała jej wiele rzeczy.

Hancer pozostała za ścianą z dłonią przyciśniętą do ust. Nie słyszała wszystkiego. Nie rozumiała, o jakim brzuchu mówiła Beyza, ale wiedziała jedno: wokół niej zaciskała się sieć. Cihan leżał nieprzytomny, a ludzie, którzy powinni modlić się o jego życie, knuli o majątku, dziecku, rezydencji i usunięciu jej z drogi.

W tym samym czasie w rezydencji Gülsüm zamknęła się w niewielkim pokoju, który zwykle służył do przechowywania pościeli i rzadko używanych nakryć stołowych. Zasłoniła okno, przekręciła klucz w zamku i położyła sztuczny brzuch na stoliku. Patrzyła na niego długo. Jej dłonie drżały nie ze strachu, ale z podniecenia. Wiedziała, że zaczyna grę z ludźmi niebezpiecznymi. Beyza była zdolna do wszystkiego. Nusret jeszcze bardziej. Mukadder, gdyby odkryła prawdę, mogłaby nie wybaczyć nikomu, nawet tej, która przyniosłaby jej dowód. Ale chciwość szeptała Gülsüm do ucha tak słodko, że wszystkie ostrzeżenia wydawały się odległe. Wyjęła telefon. Zrobiła zdjęcie. Przez kilka sekund patrzyła na ekran, sprawdzając, czy obraz jest wystarczająco wyraźny. Był. Materiałowy brzuch leżał na stole niczym martwe serce kłamstwa. Wpisała wiadomość: „Szukasz tego?”. Wysłała. Nie musiała długo czekać. Telefon zawibrował niemal natychmiast. „Kim jesteś? Najpierw to powiedz”. Gülsüm uśmiechnęła się szeroko. „O proszę. Królowa zaczyna się bać”. Odpisała powoli, starannie dobierając słowa: „Nie jestem twoim wrogiem. Jeśli się dogadamy, jestem gotowa milczeć”.

Beyza siedziała w swoim pokoju, ściskając telefon tak mocno, że pobielały jej palce. Każda litera wiadomości paliła ją jak rozżarzony metal. „Jestem gotowa milczeć”. A więc to nie był przypadek. To był handel. „Czego chcesz?” – napisała. Gülsüm zaśmiała się cicho. „Wreszcie właściwe pytanie”. Jej palec zawisł nad klawiaturą. „Pieniędzy”. Beyza zaklęła pod nosem. Chodziła od ściany do ściany, czując, jak gniew miesza się z upokorzeniem. Ktoś śmiał ją wyceniać. Ktoś, kto nie miał odwagi się podpisać, trzymał ją za gardło. „Ile?”. Gülsüm najpierw wpisała 50 000 TL, popatrzyła na tę kwotę i prychnęła. Nie, Gülsüm, nie bądź głupia. Za tyle sprzedaje się plotkę, nie życie Beyzy. Skasowała liczby. Przypomniała sobie wszystkie razy, gdy Mukadder rzucała polecenia, nie patrząc jej w oczy. Wszystkie sukienki Beyzy, wszystkie drogie perfumy, wszystkie kolacje, przy których Gülsüm stała z boku jak niewidzialna. Przypomniała sobie własne zmęczenie, matkę liczącą pieniądze, rachunki, strach przed jutrem. Wpisała: „300 000 TL. Bez negocjacji”. Beyza przeczytała wiadomość i zamarła. „Bezczelna” – wyszeptała. „Ty bezczelna żmijo”. Nie wiedziała jeszcze, do kogo mówi – to doprowadzało ją do szału najbardziej. Wróg miał twarz ukrytą za ekranem. Mógł być każdym: pielęgniarką, służącą, kimś z domu, kimś ze szpitala, kimś, kto widział ją w chwili słabości. A jednak wiedziała, że nie może odmówić. Jeśli prawda wyjdzie na jaw, straci wszystko. Nie tylko Cihana, którego i tak już prawie straciła. Straci miejsce przy stole, straci ochronę Mukadder. Straci możliwość zemsty na Hancer. Straci nazwisko, wpływ, przyszłość. Cały plan zbudowany na fałszywym macierzyństwie rozpadnie się jak szkło pod butem. Po długiej chwili odpisała: „Dobrze. Dam ci znać. Dobrego wieczoru”. Gülsüm przeczytała wiadomość kilka razy. Potem przycisnęła telefon do piersi i wybuchnęła cichym śmiechem. „Wiedziałam” – powiedziała do siebie. „Każdy sekret ma swoją cenę”. Nie wiedziała jednak, że w tej grze każdy sekret ma też krew. A ona właśnie weszła na ścieżkę, z której trudno będzie zawrócić.

Kilka minut później Beyza opuściła swój pokój. Była blada, ale starała się iść prosto. Jej oczy błyszczały gorączkowo jak u człowieka, który wszędzie widzi zdradę. Każdy szmer na korytarzu wydawał jej się podejrzany. Każde uchylone drzwi – zagrożeniem. W tym samym czasie Gülsüm wymknęła się z pokoju, w którym ukryła rekwizyt. Torbę trzymała blisko siebie. Zbyt blisko. Spotkały się na korytarzu. Przez sekundę obie zamarły. Beyza pierwsza odzyskała głos: „Co ty tutaj robisz?”. Gülsüm poczuła uderzenie strachu, ale tym razem strach nie odebrał jej rozumu. Wiedziała, że teraz każdy gest ma znaczenie, każde spojrzenie, każde słowo. „Okno było otwarte” – powiedziała szybko. „Przyszłam je zamknąć. Bałam się, że zrobi się przeciąg”. Beyza patrzyła na nią długo. Bardzo długo. Jej spojrzenie przesunęło się po twarzy Gülsüm, po jej ustach, po dłoniach, po torbie. Gülsüm miała wrażenie, że jeśli Beyza spojrzy jeszcze chwilę, zobaczy wszystko: telefon, wiadomości, zdjęcie, cenę, triumf. „Zajmij się swoimi obowiązkami” – powiedziała w końcu Beyza lodowato – „i nie kręć się tam, gdzie nie trzeba”. „Oczywiście, proszę pani”. „Gülsüm?”. „Tak?”. Beyza zrobiła krok bliżej. „Jeśli dowiem się, że wtrącasz się w moje sprawy, pożałujesz tego”. Gülsüm spuściła głowę. „Nie mam powodu wtrącać się w pani sprawy”. To było niemal piękne kłamstwo. Tak doskonałe, że Beyza przez moment nie wiedziała, czy ma uwierzyć, czy uderzyć ją w twarz. „Odejdź” – syknęła.

Gülsüm odeszła szybkim krokiem. Dopiero za zakrętem pozwoliła sobie na uśmiech. Beyza została sama na korytarzu, patrzyła za nią, a podejrzenie zaczęło pełzać w jej myślach jak zimny wąż. Gülsüm? Czy to możliwe? Ta kobieta zawsze była w pobliżu: w szpitalu, w domu, na korytarzach, przy drzwiach. Niby niewidzialna, a jednak obecna tam, gdzie nikt jej nie pilnował. Beyza ścisnęła telefon. „Jeśli to ty” – wyszeptała – „jeśli to ty, przysięgam, że nie będziesz miała gdzie się ukryć”. Ale na razie nie miała dowodu. Miała tylko strach. A strach był czymś, czym jeszcze niedawno sama karmiła innych.

Tymczasem Hancer wróciła przed szpital i usiadła na tej samej ławce, na której rozmawiała z Gülsüm. Niebo nad nią ciemniało powoli, jakby dzień również nie potrafił unieść ciężaru tego, co się działo. Nie wiedziała, że prawda, która mogłaby odmienić jej los, znajdowała się już w rękach kobiety, która jeszcze chwilę wcześniej siedziała obok niej. Nie wiedziała, że dziecko, dla którego poświęcała swoją miłość, może wcale nie istnieć. Nie wiedziała, że Mukadder buduje przyszłość rodu na kłamstwie Beyzy, a Nusret próbuje ratować plan, który zaczął rozpadać się od jednego zdjęcia. Hancer wiedziała tylko jedno: Cihan nadal nie otworzył oczu. I właśnie dlatego jej ból był tak czysty, tak bezbronny, tak tragiczny.

W rezydencji Gülsüm schowała sztuczny brzuch głębiej w miejscu, którego nikt nie powinien znaleźć. Przesunęła dłonią po torbie, jakby głaskała własną przyszłość. „Nie oddam cię za darmo” – powiedziała do rekwizytu. „Nikomu. Ani Hancer, ani Cihanowi, ani Mukadder. Ty jesteś mój. Mój klucz do skarbu”. Ale w tej samej chwili gdzieś za ścianą Beyza już zaczynała myśleć. A Beyza przyparta do muru nie była bezbronną ofiarą – była kobietą zdolną do wszystkiego. Gülsüm wygrała pierwszy ruch, lecz gra dopiero się zaczynała.

Related Posts

Efter to særlige dates i Bachelorette: Mies følelser kom bag på hende

Mie taler ud efter sine dates med Adam og Anders i “Bachelorette”. Foto: Lotta Lemche/TV 2 Mie troede endnu mere på, at romantikken kunne opstå efter to…

Panna młoda odc. Cihan oświadcza się Hançer, ale końcówka zmienia WSZYSTKO!

Cicha na krawędzi. Najpiękniejsze oświadczyny, które mogą okazać się jedynie gasnącym snem. Wyobraź sobie chwilę absolutnego, nieskazitelnego szczęścia. Szum fal, gorący, złocisty piasek i dwoje zakochanych w…

Hançer poznaje brutalną prawdę. Te słowa Cihana zniszczyły wszystko

Hanser i Cihan. Krok od śmierci, uwięzienie w złotej klatce i podsłuchana prawda, która niszczy wszystko. Wyobraź sobie pędzący czarny Mercedes i ten jeden mrożący krew w…

Det kan næppe være et tilfælde! Mary bar særligt smykke til ombordsstigningen

Dronning Mary bar et ganske særligt smykke ved ombordstigningen, der fandt sted onsdag formiddag. Der var liv og glade dage, da dronning Mary og kong Frederik i…

Kærligheden strålede ud af dem: Mary og Frederik i kærligt øjeblik på kajen

Der var kærlige øjeblikke mellem kong Frederik og dronning Mary ved ombordstigningen på Kongeskibet Dannebrog. Det var et kongepar i topform, der ankom til Helsingør Havn onsdag…

Dollars-stjernen Heather Locklear har fundet kærligheden med kendt 80’er ungdomsidol

”Dollars”-stjernen Heather Locklear er blevet kæreste med en amerikansk tv-stjerne. Heather Locklear var en af 80’erne og 90’ernes helt store stjerner. Den amerikanske skuespiller blev berømt for…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *